Damian Szymczak

Blog osobisty

Przemoc wobec mężczyzn

Odkrywanie Ameryki czyli przemoc wobec mężczyzn

Od pewnego czasu wreszcie i to coraz częściej mówi się w naszym kraju o przemocy wobec mężczyzn. Nagle co poniektórzy i poniektóre dokonali „odkrycia” piekła wielu panów. Tymczasem nasi przodkowie znali to zjawisko doskonale i wcale nie wstydzili się o nim mówić i pisać. W tej dziedzinie cofnęliśmy się ze sto lat.

            Dodam, że w tym artykule prezentuję informacje o przemocy wobec mężów i w ogóle mężczyzn, jakie przechowały dla nas gazety z epoki.

            Lepiej w więzieniu niż z żoną

            Na początku września 1909 roku mieszkaniec Ostrowa Wielkopolskiego, murarz Michał Świętek zgłosił się na policję. Tam poinformował, że krótko przedtem spalił miejscowy tartak, przyznał się też „do innych podobnych zbrodni.” Zrobił to ponieważ chciał iść do więzienia, by to „rozłączyło go z żoną.” Kobieta traktowała go bowiem strasznie.

            Nie wiemy jak miał na imię małżonek Apolonii Biernackiej ze Stęszewa. Ona liczyła lat 55, a on 74, był słaby i schorowany. Żona poniewierała nim straszliwie. To prawdziwa kobieta potwór, dosłownie codziennie strasznie bijąca swego męża. Aż w końcu, 17 lipca 1912 roku stanęła za to przed sądem w Poznaniu, który skazał ją na tydzień pobytu w areszcie. Gdy małżonkowie wyszli z sali rozpraw, jeszcze w sądzie, rzuciła się na męża i zaczęła go straszliwie bić. Tak bardzo, że mężczyzna upadł na kamienną posadzkę, krzycząc rozpaczliwie z bólu i wzywając pomocy. Tu jeszcze jeden, aczkolwiek inny, smutny z dzisiejszej perspektywy, wątek. Otóż ówczesne sądy działały niezwykle skutecznie i sprawnie. Kobieta pod koniec lipca ponownie stanęła przed sądem. Jak widać w kilkanaście dni przygotowano akt oskarżenia i przeprowadzono rozprawę! Oskarżona tłumaczyła się, że męża tylko „trochę popchnęła” i że „zaraz upadł.” Prokurator zażądał dla niej kary dwóch miesięcy więzienia. Sędzia skazał ją na trzy miesiące pobytu za kratkami. Jaki był los jej małżonka? Ówczesny dziennikarz bał się o niego, dopisując do informacji o całej sprawie; „prawo nie pozwala niestety na natychmiastowe uwięzienie za takie sprawki; biednego męża kto wie, co jeszcze czeka za ten wyrok.”         

            Podobna historia wydarzyła się w Poznaniu. Nie znamy nazwiska małżonków. 7 sierpnia 1908 roku doszło między nimi do kłótni i „ostrej wymiany słów.” Nagle kobieta złapała garnek z wrzącą wodą i polała nim męża. Jego stan był tak ciężki, że musiano go odstawić do szpitala.

            Przenieśmy się teraz do Krakowa. Mieszkał tam spokojny pracownik gazowni 34-letni Michał Bochenek. Interesował się polityką. Jego żona również, przy czym ich poglądy różniły się diametralnie. W efekcie, często na tym tle dochodziło między nimi do sporów. Aż 1 lutego 1915 roku w trakcie takiej dyskusji żona rzuciła się na niego, bijąc go dwukrotnie rozpalonym żelazkiem w głowę. Poparzony mężczyzna zgłosił się po opatrunek na Pogotowie Ratunkowe. Tam opowiedział co się stało i zadeklarował, że już z żoną politykować więcej nie będzie.

            Otruć męża i niedoszłego męża

            Prawdziwy krzyż i mękę ze swą ślubną przeżywał mieszkaniec Kępna pan Gebrock. Kobieta piła niemiłosiernie. Mąż znosił to długo, ale w końcu każdemu cierpliwość się kończy. Latem 1910 roku postawił jej ultimatum, jeśli nie przestanie pić, to się z nią rozwiedzie. Nie przewidział jednego. Jak to opisano w ówczesnej gazecie; „Z zemsty „kochająca” małżonka postanowiła się z nim rozwieść na zawsze.” 4 sierpnia po zjedzeniu śniadania pan Gebrock poczuł się bardzo źle. Wezwał lekarza, a ten postawił diagnozę. Mężczyźnie dolano do kawy siarkę, która go zatruła, ale na szczęście nie otruła. Niedoszłą morderczynię natychmiast aresztowano.     

            W połowie maja 1905 roku przed sądem okręgowym w Poznaniu stanęła mieszkanka jednej z wsi pod Margoninem. Kobietę sądzono za to, że próbowała swego męża otruć. Podała mu czekolady, do której wsypała trucizny. Dziwny smak zwrócił jednak jego uwagę. Szybko poszedł do lekarza który podał mu leki, dzięki którym mężczyzna przeżył. W ówczesnej gazecie stwierdzono „powodem tego strasznego czynu ma być nieszczęśliwe pożycie małżeńskie.” 

            Jak się okazuje mężczyźni narażeni byli i w innych okolicznościach. Pewien wdowiec z Koźmina postanowił się ożenić po raz drugi. Swój pomysł… przypłacił życiem. Nie wiedział, że obok siebie ma wielbicielkę, która nie pozwoliła mu, by ożenił się z inną.Niewiele wiemy o tym panu, miał 55 lat, był wdowcem i jak pisałem postanowił stanąć na ślubnym kobiercu po raz drugi. Nawet załatwił już wszystkie formalności w Urzędzie Stanu Cywilnego. Wkrótce po tym, w maju 1905 roku, zachorował nagle i zmarł. Przeprowadzono śledztwo, mężczyzna umarł bowiem po zjedzeniu obiadu, który przyrządziła mu jego gospodyni czyli jak się potocznie mówiło gosposia. Zarządzono obdukcję zwłok i śledztwo. Okazało się, że jego gosposia „z przyszłych zaślubin wcale nie była zadowoloną.” Nie znamy wyników obdukcji i śledztwa. Wygląda jednak na to, że mężczyzna miał przy boku zakochaną w nim kobietę, czego nie dostrzegał. I jak widać zakochaną bez wzajemności. Tak bardzo, że postanowiła iż nie odda go żadnej innej.

            Niestety nie jego jednego kobieta doprowadziła do śmierci. Na początku października 1915 roku do straszliwej tragedii doszło we wsi Retkau-Retków w powiecie polkowickim. Popełnił tam samobójstwo 30-letni strażnik kolejowy Wende, którzy rzucił się pod nadjeżdżający pociąg. Zostawił list, w którym wyjaśnił, że do samobójstwa doprowadziła do własna żona.

            Córcie nie lepsze od małżonki

            Kobiety nienawidzące mężczyzn to nie wynalazek naszych czasów. Na koniec wspomnienie jeszcze smutniejsze. Mężczyzn potrafiły traktować w straszliwy sposób nie tylko żony, ale i własne córki. We wsi Ługi pod Śremem na przełomie XIX i XX wieku mieszkał pan Stolpe. Człowiek ze wszech miar godny szacunku i podziwu. Posiadał wiele wspaniałych cech, a jedną z nich była pracowitość. Dzięki ciężkiej pracy dorobił się m.in. siedmiu mórg ziemi w swej wsi. Co najważniejsze utrzymywał swą rodzinę: żonę i trzy córki, przez lata ciężko pracując w kopalni w Westfalii. Bywały lata, że potrafił stamtąd przysyłać 750 marek rocznie, co w zupełności wystarczało tamtym na życie, jak napisano w gazecie, „swobodne bez troski”. W ogóle dzięki tym pieniądzom „mogły panie odgrywać.” Niestety Stolpego spotkał w kopalni straszny wypadek. Nie podano jego szczegółów, w każdym razie mężczyzna miał poważnie i trwale uszkodzoną rękę. Otrzymał rentę w wysokości 280 marek, tyle że rocznie. Dla przykładu warchlak kosztował około 25 marek. Pan Stolpe wrócił do swej rodzinnej wsi. Oczywiście renta nie starczyła na życie. W tej sytuacji do pracy powinny iść żona i córki. Problem w tym, że wszystkie cztery miały dwie lewe. Co więcej, nawet do głowy nie przyszło im, by okazać szacunek należny mężowi i ojcu. Już wówczas staremu i zniedołężniałemu. Traktowały go po prostu podle. I szybko skierowały do sądu wniosek o uznanie go „za niepoczytalnego dołęgę.” Sąd odrzucił ten wniosek i to z oburzeniem. Po zeznaniach sąsiadów, którzy wszyscy zgodnie potwierdzali, że „to prawy i pracowity człowiek, który sam owe 7 mórg jeszcze obrabia.” Wówczas kobiety wpadły w szał. Związały go i zaczęły torturować. Biły pięściami, gryzły, drapały, okładały kijami a nawet pantoflami. I to jednak nie wszystko, regularnie wyrzucały go na dwór, także w najgorsze mrozy. Tych pewnie by nie przeżył, gdyby nie sołtys wsi, który go wówczas brał pod swój dach.

            Aż w końcu miarka się przebrała. Ktoś z sąsiadów opisał to wszystko i zgłosił do prokuratury. W efekcie wszystkie cztery stanęły przed sądem. Były to żona Katarzyna i córki: Rozalia, Marianna i Franciszka. Ich proces odbył się 22 sierpnia 1906 roku przed sądem ławniczym w Śremie.

            Powołano na świadków dziesięć osób. Między innymi sołtysa, właściciela miejscowego gościńca, czyli restauracji i żandarma. W ogóle cała dziesiątka zgodnie twierdziła, że Stolpe to „uczciwy, pracowity, trzeźwy i oszczędny człowiek.” Sąd nie miał wątpliwości, że wszystkie cztery kobiety to zbrodniarki. I tak „miła żona” Katarzyna skazana została na 10 miesięcy i dwa tygodnie więzienia. Natomiast z „kochających córeczek” Rozalia na sześć tygodni, Marianna trzy miesiące i dwa tygodnie, a najmłodsza czyli Franciszka na dwa tygodnie.

            Nie wszyscy dali się poniewierać

           Na koniec. UWAGA PANOWIE-nie wszyscy mężczyźni pozwoli się poniewierać. Pod koniec kwietnia 1912 roku mieszkanka Krzywinia wraz ze swą siostrą okradła męża. Gdy ten robił im z tego powodu wyrzuty, oblała go wrzącym smalcem. Tego jednak było mu już za dużo, mężczyzna nie miał zamiaru dać się poniewierać. Złapał siekacz obił ją nim z takim efektem, że do kobiety wezwać trzeba było lekarza, a przy okazji i policję.